Dwaj bracia od św. Jacka
Dwaj Odrowążowie, św. Jacek i bł.Czesław, byli braćmi stryjecznymi i rówieśnikami, byli również kapłanami i zakonnikami, głosili Słowo Boże nauczając różne narody, służyli Kościołowi osiem wieków temu. Dwóch księży w jednej rodzinie zdarza się, natomiast poznać przypadkowo dwóch księży od św. Jacka, którzy są również, tak jak Odrowążowie, braćmi stryjecznymi a zarazem rówieśnikami i kapłanami jest czymś szczególnym, trudnym dla mnie do skomentowania, jednak wartym opowiedzenia na tym portalu.
Kiedy choć na chwilę przestaję biegać za „ chlebem powszednim” -  św. Jacek nie pozwala mi się nudzić i podsyła nowe wątki i historie, opisuję je i publikuję. Notuję te przeżycia od ręki, to łatwe, późniejsze przepisywanie na komputerze, jest jednak dla mnie męczarnią, nie przepisany tekst jakby gonił za mną po całym świecie. Również, kiedy wyjeżdżam gdzieś,  mówię sobie - św. Jacku prowadź! - i prawie zawsze zdarzają się rzeczy, których nigdy bym nie umiał przewidzieć ani zaplanować, ot takie „jackowe  przypadki” opisane w wielu artykułach na tym portalu.

Księży Ryszarda i Edwarda Bugajskich, poznałem na moim „jackowym” szlaku. W dzieciństwie synowie braci Bugajskich, chodzili do parafialnego kościoła pod wezwaniem św. Jacka w Leszczynach k/Kielc  i tam zrodziło się ich powołanie do stanu kapłańskiego. Opatrzność wyznaczyła im szczególne role. Ks. Ryszard, rzec by można, za wstawiennictwem św. Jacka z Leszczyn, został proboszczem w parafii przy kościele pw. św. Jacka Straszynie k/ Gdańska, kościół jest również Sanktuarium św. Jacka. Zaś ks. Edward został salezjaninem, pojechał na misję do Kalabrii we Włoszech, tam pracował ponad 20 lat, a obecnie jest proboszczem w miejscowości w Sondrio w Lombardii. Tak więc, braci z rodzin Odrowążów i Bugajskich połączyła służba Bogu. Mówią, że św. Jacek siał ziarno Ewangelii i nie patrzył kto będzie żniwował. Kościół w Leszczynach, według tradycji, powstał w miejscu w którym odpoczywał św. Jacek idąc do Krakowa. Można te fakty zinterpretować tak, że powołanie księży Bugajskich wyrosło z ziarna rzuconego tu przed ośmiuset laty, a ich misja podobna jest do tej jaką wykonywali Odrowążowie.

Opowiem jak doszło do tego odkrycia i co z niego wynikło, ku chwale św. Jacka

Jestem na urlopie narciarskim we Włoszech, w Madessimo, za oknem śnieżyca i z tego powodu nie poszedłem w góry. W moim pokoju hotelowym, na biurku, leżą blisko siebie dwie pomarańcze, jakoś tak same ułożyły się, że splotły się szypułkami i zielonymi listkami, dostrzegłem w nich bliźniacze podobieństwo i ono zainspirowało moje dzisiejsze pisanie o braciach kapłanach. Te dwie pomarańcze podarował mi wczoraj po naszym spotkaniu w Madessimo ksiądz Edward. Ucieszyłem się, bo rodzą one skojarzenie z poznaniem historii pomarańczowego drzewka św. Dominika na Awentynie i moim postanowieniem dekorowania świątecznej choinki pomarańczami, na pamiątkę tamtej przygody. Teraz moja choinka czeka aż wrócę z Włoch i zdejmę z niej te słodkie bombki. Czy będą one równie dobre jak te tu włoskie? - Płatki śniegu wirują za oknem, i mimo, że to już koniec stycznia, ulegam nastrojowi Świąt Bożego Narodzenia. Rozmyślam nad ostatnimi zdarzeniami na moim jackowym szlaku.
Wczoraj była tu piękna pogoda, słońce świeciło nad ośnieżonymi szczytami Ski Areny w Valchiavenna.  Nartostrady były wyratrakowane i równe jak stół, niektóre pionowo opadające ku dolinom, inne kręcące serpentynami po zboczach, wśród lasów z wysokich alpejskich sosen. Taki dzień nazywamy narciarskim rajem. Tego dnia jadąc z trzema przyjaciółmi wyciągiem narciarskim, podziwialiśmy krajobrazy i rozmawialiśmy, jak to zazwyczaj na urlopie o wszystkim i o niczym, tak dla relaksu. Nagle, licząc na zaskoczenie kolegów, odezwał się Marek.
- Jedziemy do Mateczki?! – zapytał.
-Gdzie? Dokąd? - pytaniem odpowiedział mu zdziwiony Zenek, myśląc, że może chodzi o nową restauracyjkę w górach.
- Tam! – Marek wskazuje kierunek kijkiem narciarskim.
W odległości kilku kilometrów, na białym tle śnieżnego zbocza coś błyszczy złotym światłem. Takie małe słoneczko, na śnieżnym polu.
- To jest figura Matki Bożej z Motta - wyjaśnia Andrzej.
Siedząc na wyciągu narciarskim patrzymy z zachwytem na ukazujący się nam nowy krajobraz.
 – Jedźmy tam! - proponuję.
Kiedy opuszczamy wyciąg, pierwszy Zeno z okrzykiem - Alleluja i do przodu!- rzuca się bez namysłu w dół pionowej ściany. Nartami carwingowymi rzeźbi w śniegu głęboką bruzdę. Kontrując ślizg, aby nie odpaść od ściany, podrywa za sobą smugę białego pyłu, prawie leci  po śnieżnym stoku.
 – Andiamo - wołam po włosku do kolegów i lecę za nim.
 Po chwili, czwórką  spadamy pionową trasą w dół. Szybując po śniegu niczym ptaki na niebie, dojeżdżamy do celu wskazanego przez Marka. Madonna z Motta, to postać wysoka, chyba na 3 piętra, pokryta złotem. Odbijająca  światło słońca mocnym blaskiem tak, że widać ją z wielu kilometrów. W modlitewnym skupieniu podziwiamy dzieło artysty. Wyrzeźbił on młodą kobietę, kroczącą ku górze,  wiatr rozrzuca jej włosy i targa szatę, a ona z uwielbieniem patrzy w niebo i jakby wypowiadała słowa – "Oto ja Służebnica  Pańska". Jednocześnie wyciąga ręce ku dolinom, chcąc zaprosić ludzi idących do niej. Po włosku nazywają ją Nostra Signora D’Europa, stoi wysoko 1925 m.npm. na zboczu, na tle ostrych szczytów Alp. Matka - ludów Europy, przez Marka, nazwana pieszczotliwie Mateczką. Latem, pielgrzymują do niej ludzie, wspinając się górskimi ścieżkami, a don Eduardo, Polak od św. Jacka odprawia Maszę Świętą, tu w wysokich Alpach na dachu Europy. 
20130131 152652 1-1Zimą tylko narciarze, tacy jak my, dojeżdżają w to miejsce. Dawniej, miłości do Matki Bożej uczył ludy św. Jacek, teraz ks. Edward kontynuuje tu w Alpach Jego dzieło nauki narodów Europy. Warunki cywilizacyjne są inne, ale misja taka sama.
Poznałem księdza Edwarda na lotnisku w Gdańsku. Stojąc do odprawy biletowo bagażowej, ujrzałem wśród podróżnych znajomego księdza Ryszarda, proboszcza parafii pw. św. Jacka w Straszynie i podszedłem się przywitać. Ucieszył się na mój widok, ostatnio postanowiliśmy odnaleźć zdjęcie w zbiorach fotograficznych gazety watykańskiej Osservatore Romano, na którym  papież Jan Paweł II błogosławi  rzeźbę św. Jacka z kościoła w Straszynie, było to dawno, w czasie trzeciej pielgrzymki do Polski, przebywając w Gdańsku Oliwie dn. 11 czerwca 1987r. Już kiedyś odnalazłem tam swoje zdjęcia z papieżem Janem Pawłem II, po kilkuletnich poszukiwaniach.
- Szczęść Boże Panie Zbigniewie, a dokąd to?- ksiądz pozdrawia mnie.
- Do Bergamo, a potem dalej, do Madessimo, na narty– odpowiadam.
- O! ja w zasadzie jestem z Madessimo! -  z zaskoczeniem odzywa się pan, stojący obok ks. Ryszarda. W pierwszej chwili nie dostrzegam u niego koloratki.
- To jest ks. Edward, a to pan Zbigniew od św. Jacka – przedstawia nas sobie ks. Ryszard. Wymieniamy uścisk dłoni  na przywitanie.
-  Opowiadałem ci o panu Zbigniewie i jego zainteresowaniu św. Jackiem- ks. Ryszard dokonuje dalszej prezentacji.
-  Ja jestem proboszczem parafii San Cassiano, często w sąsiednim Madessimo mam Mszę Świętą w zastępstwie proboszcza, aktualnie ta parafia nie ma proboszcza – dodaje ze smutkiem w głosie ks. Edward.
Myślę sobie, co za zbieg okoliczności, typowo jackowy. Jadę na narty w nieznane mi miejsce i spotykam księdza stamtąd. Za chwilę,  jakby nie było dość  temu przypadkowi dowiaduję się, że księża są bliskimi kuzynami, bowiem  ich ojcowie byli braćmi. Przypominam sobie na głos, że ks. Ryszard urodził się  Leszczynach k/Kielc  i był ministrantem w tamtejszym kościele pw. św. Jacka. Ks. Ryszard zaraz potwierdza, że  i ks. Edward też jest stamtąd – czyli od tago samego św. Jacka z Leszczyn. Natychmiast kojarzy mi się ich podobieństwo do braci Odrowążów z Kamienia Śląskiego, ale do napisania o tym, zachęcą mnie leżące na biurku pomarańcze i śnieg padający za oknem.
 W rozmowie okazuje się, że ks. Edward wraca do Włoch z pielgrzymami ze swojej parafii, którzy zapragnęli zobaczyć Gdańsk. Pomyśleć, jak ten świat się zmienił. My lecimy do Włoch na narty, a Włosi przylatują tu ze swoim proboszczem Polakiem na zwiedzanie miasta, i to wcale nie małą grupą, bo 30 osób w różnym wieku. Wśród pielgrzymów są prawdziwi alpejscy górale, niektórzy jeszcze wypasają owce na halach, inni są właścicielami hoteli i pensjonatów.  Kiedy już jesteśmy w samolocie ks. Edward przedstawia mnie parze starszych ludzi, siedzących za nami. Okazuje się, że oni mają hotel w Madessimo, naprzeciw naszego, to taki dom z krzyżem na fasadzie jedyny w okolicy uzupełnia pan. Opowiadają o domu i miejscowości do której jadę.
Będąc już na miejscu, całą naszą narciarską czwórką spotykamy się z ks. Edwardem. Poznajemy jego kościół i plebanię, rozmawiamy o stanie wiary. Ludzie, tak w Polsce, jak i we Włoszech odchodzą od Boga, poganieją. Dużo jest pracy dla księży. Ot zwykłe Polaków rozmowy. Marek gra na kościelnych organach, pierwszy raz w życiu. Ja obiecuję, że w przyszłym roku wrócę tu, bo Madessimo to dobre miejsce na narty, a i rodak jest tu duszpasterzem. Przyrzekamy sobie, że musimy odnaleźć pamiątki kultu św. Jacka - San Giacinto we włoskich Alpach, po to, żeby Polacy mieli dokąd pielgrzymować z nartami.
- Na narty do św. Jacka? - Czemu nie! A potem  w górę do Mateczki z Motta.  Nostra Signora D’Europa – Matko ludów Europy, módl się za nami, żebyśmy mogli tu powrócić. Błogosław don Eduardo, aby jego misja wśród Włochów, była równie skuteczna, jak kiedyś św. Jacka w Północnej Europie. A Ty Św. Jacku "Lux ex Silesia" - prowadź!
Napisałem w Madessimo, wpisałem do komputera w Mombasa, opracowałem tekst w Sopocie.