Po powrocie z Rzymu spotkałem w firmie na korytarzu Dominika, inżyniera (25 lat). Pyta mnie z zainteresowaniem – Jak było? i dodaje - ogłoszenie Papieża Świętym trwało mniej niż 15 min. Zastanawiam się nad tą przypadkową refleksją młodego człowieka. Na ten kwadrans Karol Wojtyła pracował z pomocą Ducha Świętego całe życie. Zapamietałem słowa papieża Franciszka, które usłyszałem podczas kanonizacji – „Święci stanowią podstawę i narzędzie ewangelizacji... Każdy ze świętych jest owocem pracy Ducha Świętego”. Po co Kościołowi są święci? Portal św. Jacka stara się dać odpowiedź na to pytanie we własnych publikacjach. Także i w tej.

Moją refleksję będącą częściową odpowiedzią na to pytanie zacznę od spotkania na Piazza Navona z grupą dzieci z zespołu "Szczygiełki" z Poniatowej, które na moją prośbę zaśpiewały refren piosenki posłuchajcie!


      Ty sprawiłeś Boże Niepojęty,
      Ty sprawiłeś Boże Niepojęty,
      że Karol Wojtyła,
      że Karol Wojtyła,
      został świętym

Nagrałem film i za „duże lody” nabyłem płytę CD z ich śpiewem. Warto posłuchać, aby przypomnieć nastrój tamtych kilku dni. Dla mnie były to cztery dni, opisane tutaj jako subiektywna relacja z Pielgrzymki Metropolitalnej Gdańskiej, zorganizowanej przez Biuro Podroży „Oremus” i przez ks. Ryszarda Bugajskiego Dyrektora Biura i Proboszcza parafii p.w. św. Jacka w Straszynie, który brał w niej udział, zapewniając organizację i przebieg na najwyższym poziomie. „Oremus” słynie na Pomorzu i nie tylko z najlepiej zorganizowanych pielgrzymek.

asiaIntencją mego udziału w pielgrzymce była modlitwa za mojego wnuka Wiktora Jacka i jego mamę Joasię - moją córkę. Pragnąłem powierzyć tych dwoje opiece wstawienniczej św. Jana Pawła II, aby ich modlitwy znajdowały w nim potężnego orędownika. Kiedyś może św. Jan Paweł II stanie się dla Wiktora symbolem, drogowskazem, światłem, a nauki papieża poprowadzą go do miłości i szczęścia - do Boga. Jak życie mu się ułoży, któż to wie?

Mądrością z dziecięcej piosenki posłużę się ponownie

Taki duży, taki mały może Świętym być
      Taki gruby, taki chudy może Świętym być
      Taki ja i taki ty może Świętym być
      Taki ja i taki ty może Świętym być


Trudno być dobrym człowiekiem, nie wiedząc co w życiu jest prawdą i dobrem. Mądrością rodziców jest nadawanie dzieciom imion świętych patronów, aby mogły czerpać z przykładów ich życia i miały otwarte oczy na widzenie prawdy i miłości. Skoro moim patronem w okolicznościach przyznam dość nieoczekiwanych, po 50-tce, stał się św. Jacek, to cichym życzeniem dziadka jest, aby Wiktor, kiedy dorośnie miał wsparcie we wstawiennictwie św. Jana Pawła II i stąd ten wyjazd. Wystarczająco dużo przeżyłem, aby mieć świadomość istnienia wstawiennictwa świętych i działania łaski Bożej w życiu człowieka.
Aby wykonać plan należało wsiąść do samolotu i udać się na kanonizację.
Miałem jeszcze jeden cel, tzn. dotrzeć do kościoła Santa Maria della Scala na Zatybrzu i sfotografować ostatnią pamiątkę dotyczącą św. Jacka, czego nie udało mi się do tej pory uczynić, gdyż za każdy razem trafiałem na zamknięty kościół.
Przygotowując się do podróży wydrukowałem ze strony internetowej kilka egzemplarzy mojego przewodnika po Rzymie z zaznaczonymi miejscami pamiątek po św. Jacku dla pielgrzymów z parafii pw. św. Jacka ze Straszyna lecących ze mną. Dziewczyny z pracy przygotowały płyty CD z nagraniami kilkunastu audycji Radia Watykańskiego o miejscach bł. Jana Pawła II na Watykanie, autorstwa ks. Arkadiusza Noconia. Płytę otrzymałem od Pani Bożeny Ptaś. Opracowała ją ponownie Pani Anna Witowska. Miała to być niespodzianka dla ks. Arkadiusza, z którym umówiliśmy się na kawę u św. Eustachego. Miałem w planie jeszcze jedno spotkanie z postacią legendarną Michaelem Dutkowskim, który przyleciał specjalnie na kanonizację z Ameryki, jak również i po to, aby ukierunkować starania o nadanie przez Watykan patronatu św. Jacka miastu San Jacinto w Kalifornii. Przy takim planie byłem przekonany, że św. Jacek zacznie „działać” i zaczął od razu.

Piątek dn. 25 kwietnia. Przed godziną szóstą rano

Spóźniłem się na zbiórkę na lotnisku, nie mogłem znaleźć umówionego parkingu na auto. Wchodząc do holu, widzę, kolejka jak wąż długa. Myślę sobie - będę siedział na fotelu przy toalecie, to za karę za spóźnienie. Na końcu kolejki widzę stoi ks. Ryszard, z listą w ręku i odkreśla mnie na niej jako ostatniego z przybyłych. Przy nim stoi mężczyzna, szpakowaty dobrze ubrany, twarz mi skądś znana. Ryszard przedstawia nas stwierdzając – Wy się znacie? – Podajemy sobie ręce na powitanie. Nie mogę skojarzyć. Z pamięci wydobywam nazwisko to chyba Marian Krzaklewski. Nie to nie on, tamten w TV wydawał się inny, ten zaś smukły, dobrze patrzące roześmiane oczy. Może to jakiś biskup, z zapamiętaniem twarzy nigdy nie było u mnie dobrze. Bez znaczenia myślę sobie i tak nas rozdzieli dziewczyna przyznająca miejsce w samolocie. Rozglądam się wokół kilka znajomych osób, to księża z parafii, w których bywałem na Mszach. Rozpoznaję ks. bpa. Ryszarda Kasynę i ks. bpa Wiesława Szlachetkę. Stoję z Panem Marianem w kolejce do „check in”, rozmowa się sama nakręca, różne wątki. Godzina oczekiwania szybko mija, przechodzimy razem przez odprawę, dołącza do nas ks. Ryszard, później razem siadamy w poczekalni, ks. Ryszard zaczyna przedstawiać moje osiągnięcia związane ze św. Jackiem. Pan Krzaklewski wykazuje żywe zainteresowanie. Posiadam dar rozpoznawania ludzi, do których warto mówić o św. Jacku i takich do których nie warto, bo będą słuchali a nie usłyszą. Zauważam, że Pan Krzaklewski słucha i „słyszy”.

- Wiem, oczywiście o tym świętym, ale z tego to, co Pan o nim mówi, widzę, że nadaje się on do Brukseli, wypowiada zagadkowo jakąś myśl.

- Proszę Pana, 2 tygodnie temu odkryliśmy św. Jacka w Brukseli.

- No nie, tam również jest św. Jacek? – zaciekawia się.

Wyciągam tablet i po chwili pokazuje mu figurę św. Jacka i miejsce, w którym jest on w Brukseli. Pan Krzaklewski, jak się dowiaduję z wizytówki, którą mi wręcza teraz pracuje w Brukseli. - Św. Jacku, Ty to reżyserujesz - uśmiecham się do siebie w duchu. Niech się dzieje wola nieba. Idziemy do samolotu.

Dostaję miejsce na tzw. „długie nogi” przy „Emergency exit”. Jeślibym o to miejsce prosił, to by mi nie dali. Przyzwyczaiłem się już do działania św. Jacka. W naszym języku oznacza to, że udało mi się zrobić jakąś dobrą robotę (tutaj zainteresować polityka z najwyższej półki) i w nagrodę nie siedzę przy kiblu w ostatnim rzędzie, na co zasłużyłem spóźnieniem, ale na miejscu najwygodniejszym w samolocie. Lecąc do Rzymu próbuję nauczyć się po angielsku arii „Imspossible dream” z Man of La Mancha, płytę z premiery na Broadwayu dostałem od Agnieszki prosto z Ameryki. Czemu ja się tego uczę, nie mam pamięci, słuchu ani głosu… Co mnie tak ciągnie do tej tragikomicznej, jak niektórzy twierdzą, i romantycznej postaci. Utożsamiam się z jedną arią i to źle przetłumaczoną na polski. Jeśli Cervantes, to i św. Jacek, tłumaczę sobie. (Dlaczego? Patrz tutaj). Zdejmuję słuchawki z uszu. Zamykam oczy. Wracam myślami do beatyfikacji Jana Pawła II, jak teraz będzie? Przypominam sobie tamten czas. (Opowiadanie tutaj). Budzę się nad Rzymem.
Na lotnisku w przejściu do autokaru znowu trafiam na Pana Krzaklewskiego. Kontynuujemy rozmowę.

- Mam tu własny plan zwiedzania - zagajam temat.

- Ja też, byłem w Rzymie już kilka razy, może pojadę na sobotę do Sieny, to niedaleko.

Dobrze nam się rozmawia, namawiam go na zwiedzanie razem ze mną w dniu dzisiejszym szlaku Jackowego, jutro ma przecież jechać do Sienny..
Pierwszy obiekt jest blisko, to czarna tablica na nagrobku papieża Klemensa VIII, z najważniejszymi wydarzeniami jego pontyfikatu, wśród nich kanonizacja św. Jacka! (Mapa Rzymu, z miejscami Jackowymi tutaj)

Następny obiekt znajduje się w dawnych termach Dioklecjana. Wystarczy na spacer po podróży. Pan Krzaklewski zgadza się, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu. Jeszcze żaden polityk tej rangi, z który rozmawiałem, nie zainteresował się św. Jackiem. Odnajduję w tym moją misję wykorzystania tych szczególnych okoliczności i rozpalenia w nim zainteresowania św. Jackiem. Nie jest to trudne, bo Marian (szybko skracamy oficjalny dystans), był w Kamieniu Śląskim na uroczystościach oddania do użytku odbudowanego sanktuarium św. Jacka. Idziemy. Pierwsze zdumienie, gdy klękamy w Santa Maria degli Angeli przed kaplicą Jackową.

- Malarstwo i architektura najwyższej próby, miejsce prestiżowe: prawa strona od ołtarza, mówi zaskoczony. Czemu nikt nie postawił tu tablicy, że mamy tu naszego Jacka – zdumiewa się.

- Nie rozumiem tego. W środku Rzymu? Dzisiaj jest tu tyle narodowości, taka okazja do promocji Polski.

Bazylika pełna Polaków niektórzy z flagami krążą po monumentalnym wnętrzu, nikt nie wie że tu czci się Polaka. To perła architektury, pamiątka wielkości Rzymu z czasu cezarów, póżniej miejsce szczególne dla chrześcijaństwa. O tym, że tutaj mamy ślad św. Jacka – fakt ten jest niestety przez wszystkich zapomniany.

- Nikt tu przed kaplicą św. Jacka nie promuje Polski a jest okazja, przyjechali ludzie z całego świata do Jana Pawła II, mogliby się dowiedzieć, że w narodzie Karola Wojtyły byli również wielcy święci, oni są tutaj i są zapomniani przez rodaków. Blask ich chwały wyłączono jak oświetlenie w tej kaplicy – komentuję.

Do czarnej tablicy w bazylice Santa Maria Maggiore nie docieramy: jest tu zbyt dużo ludzi a i w kaplicy trwa nabożeństwo. (patrz poz. 9 w przewodniku)

Po tym spacerze rozstajemy się.

Wieczorem udaję się na spotkanie z przyjacielem, ks. Arkadiuszem Noconiem. Bardzo ucieszył go prezent (wspomniana płytka z nagraniami). Poszliśmy w kierunku Watykanu starą uliczką Via dei Coronari, którą w średniowieczu wędrowały pielgrzymki do Watykanu, zanim wytyczono i zbudowano inne szerokie arterie. Mijamy tysiące ludzi przybyłych na kanonizację i rozmawiamy dużo o bł. Janie Pawle II, św. Jacku i o podobieństwie obydwu tych postaci. Mówimy jak wielką szansą dla Polaków jest ta kanonizacja w Rzymie, będąca również promocją naszego kraju. Dowiaduję się, że jest nocne czuwanie Polaków na Piazza Navona i msza św. w bazylice pw. św. Agnieszki, w sobotę zaś będzie koncert Stanisława Soyki z zespołem Affabre Concinui w Chiesa Nuova z udziałem polityków i hierarchów. W poniedziałek natomiast msza Święta dziękczynna na Placu św. Piotra, a wieczorem koncert zorganizowany przez polonię w bazylice Santa Maria Maggiore. Stwierdzam z żalem, że to stanowczo za mało, zważywszy, że przybędą pielgrzymi ze wszystkich kontynentów. Czemu nasze władze nie zaangażowały się bardziej, taka szansa się już nie zdarzy. Obecnie św. Jan Paweł II to najwyższa wartość na jaką nas stać, powinniśmy pokazać, że umiemy się cieszyć i jesteśmy dumni z tego. Przecież cały świat będzie patrzył na to wydarzenie i komentował je, a tu obecni w Rzymie pielgrzymi mogliby dotknąć ojczyzny papieża. Widać, że Państwo Polskie zorganizowało się w Rzymie bezkosztowo.

- Patrzyłem na mapę świata, na której są miejsca Jackowe, praktycznie na wszystkich kontynentach poza Afryką. Mam niespodziankę związaną z tym kontynentem, może i tam uda się zbudować kaplicę pw. św. Jacka – dzieli się ze mną radosną wiadomością ks. Arkadiusz

Na pożegnanie pijemy kawę u św. Eustachego - najlepszą w Rzymie. Ksiądz zwraca uwagę, że ojciec św. Jacka miał na imię Eustachy. Faktycznie, tak jest, i jest to drugi powód ogłoszenia „wszem i wobec”, że kafejka na Piazza S. Eustachio, jest miejscem spotkań Jackowiczów, co niniejszym czynię nanosząc to miejsce na plan Rzymu (tutaj należy rozwinąć mapę na Rzym). Przy tym powstaje pomysł, aby na mapie stworzyć oddzielną kategorię, do której zaliczymy: restauracje, hotele, ulice, inne ciekawostki turystyczne związane jakoś z treścią naszego portalu. Umawiamy się z księdzem, że spotkamy się jeszcze raz, w poniedziałek, razem z Mieczysławem Dutkowskim ważną postacią w środowisku polonijnym w Kalifornii.( więcej o nim wpisując nazwisko w przeglądarkę na portalu)

Wracam do hotelu przez Piazza Navona i wstępuję do bazyliki św. Agnieszki. Wnętrze pełne klęczących ludzi, pomiędzy nimi kroczy grupa zakonników w białych habitach. Półmrok wnętrza wyostrza biel habitów. Cisza. W tej ciszy, w tym półmroku, refleksami złota błyszczy monstrancja trzymana przez jednego z nich. Podchodzą do kolejnej grupy klęczących i monstrancją błogosławią ich. Scena jakby ze snu. Mógłbym tam stać i stać, patrzeć jak zahipnotyzowany.

Sobota przedpołudnie

m krzaklewskiOkazuje się, że planowana podróż Mariana do Sieny nie odbędzie się. Udaje mi się namówić go na spacer do miejsca, gdzie zaczęła się historia św. Jacka. Idziemy przez Forum Romanum. Rozmawiamy o polityce. Pan Marian opowiada niezwykle interesująco, słucham go z zaciekawieniem, podobnie jak on moich opowieści o św. Jacku. Przez Palatyn, Circo Massimo docieramy na Aventyn nazywanym Świętym Wzgórzem Polaków (Patrz tutaj) do bazyliki św. Sabiny i stajemy przed mozaiką przedstawiającą św. Jacka. Zadziwiony jest mozaiką Jackową. Jak wczoraj w Santa Maria degli Angeli, ponownie zaskoczony architekturą i malarstwem kaplicy Jackowej. Włączam automatem wrzutowym światło oświetlające kaplicę od wewnątrz, do istnienia tu tego automatu też się przyczyniliśmy (Patrz tutaj) i kaplica ukazuje w pełni swój urok. Chciałbym zaprowadzić go do części klauzurowej istniejącego tu od ośmiu wieków klasztoru dominikanów. Jednakże nie wejdziemy tam bez pomocy brata Jana. Jak na złość nie mogę go jednak znaleźć. O moim pierwszym spotkaniu z bratem Janem czytaj tutaj

- Św. Jacku zrób coś! – niestety nic się nie dzieje.

Opuszczając bazylikę dostrzegam jednak osobę w czarnej kurtce z miotłą w ręku, zamiatającą wejście do świątyni. O matko! To brat Jan. Witam się z nim - poznaje mnie od razu.
Przed chwilą zszedłem z roweru, Firma ogrodnicza zaśmieciła resztkami kwiatów całe wnętrze – usprawiedliwia i strój i zajęcie. Brat Jan spogląda pytającym wzrokiem na mojego kolegę.

- To Pan Marian Krzaklewski były Przewodniczący Solidarności, któremu obiecałem, że jak spotkamy tu brata to nas on wprowadzi do części klasztornej i pokaże tam pamiątki po św. Jacku i Dominiku – odpowiadam na jego ciekawość. Marian wita się po włosku, podoba się to Janowi, zaczynają rozmawiać, ale po włosku. Zauważam, że Marian swobodnie porozumiewa się po włosku i czyta po łacinie. Brat Jan zaprasza do środka i idzie się przebrać w habit.

udominika Wchodzimy do kaplicy gdzie św. Jacek otrzymał habit a póżniej idziemy do celi św. Dominika, w której spotykał się ze św. Franciszkiem, i na tarasy z których widok na Rzym zapiera oddech. Pojawia się drugi zakonnik brat Przemysław (chyba 2 metry wzrostu!) ze skrzynką pomarańczy. Częstuje nas, - to owoce z drzewa św. Dominika, z nich przygotowaliśmy kiedyś dżem dla Jana Pawła II - oznajmia. Rozmawiamy. Wizyta byłaby jeszcze dłuższa, gdyby nie uroczysty ślub, do którego nasi gospodarze musieli przygotować i siebie i kościół.

Zauważyłem, że Marian „poczuł” w tym miejscu hiacytoendorfiny( definicja tutaj). Św. Jacek stał się dla niego odkryciem, a spotkanie z bratem Janem u św. Sabiny wyjątkowym przeżyciem. Zapamiętuję jego słowa ponownie tutaj wypowiedziane… św. Jacek jest wielkim świętym, pokażę go kolegom w Brukseli. Nie spodziewałem się, że to taka wielka historyczna postać. Jeśli ten stan zainteresowania przekształci się w permanentną hiacyntofilię, to św. Jacek znalazł orendownika wśród polityków i to w przeddzień kanonizacji bł. Jana Pawła II.
Czy spotkanie to było przypadkiem, czas pokaże!

Sobota późny wieczór

Rzym trzeba najpierw poczuć w nogach potem obrazy miasta utrwalają się w głowie. Jest godzina 22.00 jestem w hotelu Morgna koło Termini. Jutro kanonizacja. Zmęczony leżę w łóżku. – Co ty robisz w łóżku? – myślę sobie. – Wstawaj i idź na miasto! Tam są tysiące ludzi, a ty śpisz! Ktoś mi wewnątrz podpowiada. Wstaję więc i idę za tym głosem. – Taxi prego – wołam taksówkę. – Si, Piazza Navona. 10 minut później wysiadam z auta zatrzymującego się w tłumie. Przede mną wyrasta jakiś olbrzym w zielonej kurtce.

- O matko! Brat Patryk od św. Sabiny? – wykrzykuję. Ten, który dał nam pomarańcze?

- To Pan? Co za spotkanie! – on też jest zaskoczony.

- Bracie Patryku, co tu robisz?

- Kocham tłum. Odpoczywam w tłumie ludzi - mówi dominikanin.

- Ja też odpoczywam w tłumie- śmiejemy się.

Tłum wokół gada wieloma językami, ludzie z flagami idą w różnych kierunkach.

-Będzie brat moim cicerone tej nocy?

-Tak. Idziemy na Watykan, tam już są tysiące ludzi, muszę to zobaczyć - mówi z pasją

- Ja też - odpowiadam.

Chodźmy! Andiamo!

Jeden krok Patryka, dwa moje. On płynie w tłumie, dobrze, że jest tak duży więc nie gubię go drepcząc półbiegiem. Mogłem trenować Nordik – pomyślałem o Baśce i Uli, które mnie na ten sport namawiają. Teraz język do pasa i do przodu. Pierwszy przystanek w tłumie to kościół, w którym władze zorganizowały koncert Sojki. Koncert się zakończył - ludzie wychodzą. Brat idzie przodem, chce zobaczyć naszych rządzących. Myślę sobie: tu na ulicach Rzymu jest cały świat, a rząd organizuje kameralny koncert Sojki w niewielkim kościele. To powinno być wydarzenie zorganizowane na dużym rzymskim placu dla tysięcy tych co zjechali z całego świata, aby mogli zobaczyć trochę dumnej ojczyzny papieża. Na igrzyska dla kibiców piłki znalazły się miliardy, a tu zabrakło kilku milionów żeby pokazać Polskę?

wtunelu- Teraz na Watykan - rozkazuje mój cicerone i rusza.

Kanonizacja to nie tylko jutrzejsza uroczystość. Jutro zaczęło się dzisiaj, to była pierwsza myśl, w momencie gdy dotarliśmy do ściany z ludzkich ciał, stojących, siedzących, leżących. Są twarze zmęczone, inne roześmiane i rozgadane, jakieś szczęśliwe. Są tacy co śpią na ulicy, cichutko, jakby w sypialni. Tłum zwarty, że nie można jak przecisnąć się dalej. Tam stopa, ręka, tam głowa śpiąca na plecaku. Ściana.

- Tu nie wejdziemy - zniechęcam brata.
      - Wejdziemy, ja muszę tam do środka.
      - Spróbuj, to nas zlinczują
- ostrzegam.


Ale gdzie tam, on idzie przeprasza pozdrawia, uśmiecha się , podaje rekę. Wchodzi w tłum i ten nie stawia oporu. Ktoś się odsuwa, ktoś coś przesuwa, aby mógł postawić stopę i iść dalej, inny podaje rękę żeby się ten wieżowiec nie obalił na śpiących. Nie ma zdenerwowania, jest życzliwość. Stanął, gada coś do skautów po portugalsku, oni coś krzyczą na jego cześć. Co on im powiedział? Słowa przepustki; szczęść Boże, skąd jesteście, Bóg zapłać, dziękuję, mówi w kilku językach. Zapewne pociesza zmęczonych. Spotkamy leżącą na ziemi grupę , teraz to są Polacy. Patryk, pyta o biskupa z ich diecezji, rozmawiają. Nie chwali się, że jest dominikaninem, dostrzegają w wyrazie jego twarzy, w gestach, mowie, że to jest zapewne przyjaciel, ksiądz albo zakonnik. Zaiste, wygląda jak Boży szaleniec w tłumie. Tak musiał św. Jacek. przechodzić przez krakowski rynek w dzień targowy. Gęsty tłum jakby dla niego nie istniał. Nikt nie ma mu za złe, że wnika w tę rzeszę tak głęboko, trochę jak intruz. Przyglądam się bliżej tym twarzom zmęczonym i roześmianym. Dostrzegam w mroku w świetle lamp ulicznych, że to nie tylko młodzież. Szukam wzrokiem starszych ludzi. Są kobiety w chustach, jedna z kanapką w dłoni posila się jest chyba około osiemdziesiątki. Obok śpi starsze małżeństwo, przykryci folią aluminiową. Spod marynarki bezwstydnie kręcę film, żeby przypomnieć sobie klimat tego spaceru. Na niebie chmury, co będzie jak spadnie deszcz? Nie widzę toalet. Jak tu wyjść w nocy i dotrzeć na to samo miejsce? Tysiące, tysiące podobnych obrazów i my w środku, cicerone zawsze odnajduje optymalną ścieżkę, po chwili i ja dostrzegam także , że umiem chodzić nie depcząc leżących. Przechodzimy na drugą stronę szerokiej aleji. Docieramy tam, gdzie są zablokowane drogi dojazdowe dla VIP. Idziemy szerokim tunelem na drugą stronę Tybru, przez zamknięte dla samochodów tunele. W nich rzeka ludzi napływających tłumami. W innym tunelu na asfalcie leżą na karimatach i śpią pielgrzymi niektórzy na środku pasa ruchu. Zawracamy na most, na tyły tłumu zgromadzonego i stłoczonego w oczekiwaniu na otwarcie Via Consiliazzione.


Tu jest luźniej. Zadziwiające sceny, na moście ludzie tańczą. Tańczy młodzież, tańczą starsi, łysy chyba Włoch okręca ładną polską dziewczynę, Dominikanin tańczy z dziewczyną latynoską w koszulce, czarnoskóra dziewczyna z białym chłopakiem, franciszkanie śpiewają i grają na gitarze. Barwna orkiestra i tancerze. Taki obraz już widziałem na Lednicy i taki jest tutaj. Polonia – Italiana, wykrzykują rytmicznie, ci z instrumentami stoją na chodniku a ulica tańczy. Pod nami płynie stary Tybr, w oddali lśni kopuła Bazyliki Piotrowej, obok Zamek Anioła. Stoję i stoję wśród nich i nadziwić się nie mogę. Dla mnie to awangarda Kościoła, z nimi wiara nie zagaśnie, przyszli oddać hołd papieżom, „starszym dziadkom”, nie są tutaj dla cukierkowych gwiazd z telebimów, lecz dla wiary i Chrystusa, gadam do siebie coś w tym stylu. Boży Szaleńcy.

- Bracie Przemku, muszę iść, zrobiło się późno.
     - Ja zostaję, będę z nimi tu na ulicach aż do rana. Potem włożę habit i na kanonizację – odpowiada dominikanin, jako żywo wyobrażenie młodego św. Jacka.
      - Szczęść Boże - wracam do hotelu.

Tym, tu w tłumie, Duch Święty ładuje akumulatory, są pod jakimś świętym napięciem i stąd mają wielką niezwykłą energię wiary. Idę w swoją stronę, myślę o moim wnuku, chciałbym, aby kiedyś miał możliwość zaznać radości takich „Bożych Szaleńców”, których tu w Rzymie tej nocy spotkałem tysiące.

Niedziela Kanonizacji

Nie skorzystałem z możliwości wejścia dla VIP-ów na Plan św. Piotra. Dawno już miałem przygotowany plan powtórzenia przeżycia tej uroczystości z miejsca, które znalazłem będąc na uroczystościach beatyfikacyjnych. Jest to brzeg Tybru z widokiem na Via della Consolazione i dalej na kopułę Bazyliki św. Piotra. Tym razem byłem lepiej przygotowany, miałem radio UKF w telefonie, aby odsłuchać nabożeństwo po polsku, na częstotliwości 93,3 MHz, oraz tablet z łączem internetowym, aby dodatkowo obejrzeć transmisję w telewizji „Trwam” - najlepszy sygnał stacji telewizyjnej w Rzymie. Przyszedłem wcześniej i zająłem miejsce na tratwie wyrzuconej na brzeg. Tybr tym razem był pełen wody, aż do krawędzi deptaka przy rzece. Za mną na wysokim brzegu, przede mną i obok mnie byli już ludzie. Niektórzy chyba tu spali. Szybko zapełniły się nieliczne wolne miejsca. Jeśli tutaj robi się tłoczno to tam bliżej dopiero musi byś ścisk. Nikomu to nie przeszkadzało. Dodatkowo mogłem jeszcze patrzeć na olbrzymi telebim na drugim brzegu. Ze słuchawkami w uszach miałem dźwięk i pogląd na transmisję telewizyjną. Cieszyłem się z wyboru miejsca. Mogłem słyszeć, widzieć, choć tak naprawdę to nie skorzystałem z tego. W tej uroczystości było coś szczególnego, słuchając ceremonii, dźwięk w uszach zamieniał się w ciszę, pozostawała zaduma, krótka refleksja obudzona jakimś słowem, które przedarło się do świadomości, modlitwa, rozmowa ze świętymi, myślenie o życiu. Medytacja? Słyszę prośbę o kanonizację, potem odpowiedź Papieża. Brawa. Tłum obok mnie i na placu bije brawo wszyscy biją brawo w słuchawkach i w komputerze. Mega głośniki niosą je na cały Rzym, słychać je mimo słuchawek. Wyjmuję je z uszu. Na drugim brzegu powiewają flagi, dużo polskich, ale są też i inne. Modlę się; Święty Janie Pawle II w tym miejscu i o tej godzinie powierzam Twemu wstawiennictwu wyjednanie Bożych łask dla Wiktora, dla mojej rodziny, dla przyjaciół. Przesuwają się w myślach twarze bliskich mi ludzi. Jakże ich nie wspomnieć w tej chwili, gdy Niebo nad Rzymem jest otwarte. Trwa Msza Święta, mimo odległości czuję, że jestem w kościele. Deszcz zaczął padać zaraz po uroczystościach, wisiał na niebie i czekał aż się zakończą. Wracam do hotelu. Dostaję telefoniczną informację i zaproszenie na obiad gdzieś z dala od centrum miasta. Jedziemy z grupką nowych znajomych metrem w pobliże Awentynu. Dobrze, bo tam nie będzie tłumów i jakoś blisko do św. Jacka. W restauracji, wszyscy dzielą się swoimi wrażeniami. Jest kilku księży, między innymi ks. Krystian, nasz opiekun i przewodnik. Okazuje się, że ksiądz mieszka niedaleko stąd w Papieskim Kolegium Polskim. Przypomina, że z niego wyszedł kardynał Karol Wojtyła na konklawe i już nie wrócił. – Jako kardynał – dodaje ktoś z obecnych. Dzisiaj miejsce to nabiera szczególnego znaczenia poprzez osobę św. Jana Pawła II. Pada propozycja pójścia tam, skoro to niedaleko. Po posiłku idziemy w deszczu bez parasoli. Ale jakże nie pobyć choć przez chwilę w miejscu uświęconym obecnością św. Jana Pawła II. Okazuje się, ze ks. Krystian wprowadza nas do pomieszczeń w których mieszkał kard. Wojtyła przed konklawe. Siadamy na chwilę w dużym pokoju, jakby salonie. Wszyscy są podekscytowani. Rozglądam się po ścianach, są na nich różne obrazy, słabo widoczne. Coś wewnątrz mi podpowiada: – Wstań i idź, a znajdziesz św. Jacka. Dużo dziś opowiadałem przy stole o św. Jacku. Może za dużo i stąd to nakręcenie. Nie mniej jednak wstaję i podchodzę o przeciwległej ściany z obrazami. Jeden, drugi, trzeci. I nagle, jest! Św. Jacek na starej rycinie. Stoi z wielką Matką Bożą, taką jak ma ten na ulicy w Los Angeles (patrz tutaj).

rycina1Słowa „San Giacinto” w opisie łacińskim utwierdzają mnie w przekonaniu, że to on.

Głośnym szeptem oznajmiam, znalazłem obraz ze św. Jackiem. Widzę niedowierzające spojrzenia. Pewnie dla niektórych było to za wiele. Podchodzi ks. Ryszard z parafii św. Jacka w Straszynie. Patrzy. – Tak – mówi – Zbyszek znalazł św. Jacka, nasz św. Jacek jest tutaj w pomieszczeniu gdzie mieszkał św. Jan Paweł II. Podchodzą teraz wszyscy zdumieni tym odkryciem. Nieprawdopodobny ciąg zdarzeń: w dniu kanonizacji św. Jana Pawła II odkryłem w jego byłych apartamentach stary, niepozorny, obraz ze św. Jackiem. Nowy element na planie Rzymu i to w takim miejscu i w takich okolicznościach. W duszy mówię sobie; gdziekolwiek wskażesz mój patronie, tam pójdę! O bliskości św. Jacka dla kardynała Wojtyły, potem papieża, o przedziwnej symetrii i podobieństwie tych dwóch postaci opublikowałem kilka artykułów na portalu, na okoliczność kanonizacji. Teraz tworzy się ciąg dalszy tych poszukiwań. Zapowiadam więc tytuł kolejnej publikacji: św. Jacek i św. Jan Paweł II na Awentynie. Mam nadzieję na zdobycie informacji o tej rycinie i jej historii w tym miejscu.

Poniedziałek

mietekarkadiuszUmawiam się z Mietkiem Dutkowskim pod „św. Jackiem ” na kolumnadzie Berniniego na Placu św. Piotra. Czekam tu również na księdza Arkadiusza. Słyszę głos z tyłu – Zbychu to Ty? – odwracam się. Padamy sobie w ramiona jak starzy kumple.- Mietek to Ty? W każdym wykrzykniętym Ty – jest nuta zdziwienia. Mietek na białym polo ma wyhaftowanego orła czerwonego z herbem Polski z napisem Proud to be Polish - "Dumny z bycia Polakiem". Witamy się serdecznie. Jest w towarzystwie starszej dystyngowanej Pani Eli Rudzińskiej, mieszkającej w Stanach. Nadchodzi ks. Arkadiusz. Okazuje się, że mamy mało czasu na rozmowę. Chcemy jeszcze bardziej zmotywować Mietka, aby postarał się o list biskupa do Kurii Watykańskiej z prośbą o nadanie patronatu św. Jacka miastu San Jacinto w Kalifornii. Mietek dowiaduje się o szczegółach tej procedury. Ksiądz daje mi płytę CD i list od ks. Piotra z fotograficznym reportażem z Indii z Goa, gdzie jest wyspa i kościół pw. św. Jacka z prośbą o opublikowanie. Po rozmowie rozstajemy się z księdzem Arkadiuszem. Towarzyszka Mietka wyraża prośbę, aby pójść na „Schody Hiszpańskie”, bo to jej marzenie z młodości pobudzone filmem. Szuka w myślach tytułu - „Dziewczęta z hiszpańskich schodów” - śmieje się. - Zaprowadzę Was tam - obiecuję, jeśli najpierw pójdziecie ze mną do Matki Bożej na Schodach, bo tam jest św. Jacek, ten, którego zdjęcia jeszcze nie mam, a potrzebne mi jest ono do przewodnika po Rzymie. Zawsze, kiedy tu jestem kościół ten jest zamknięty. Zgadzają się. Idziemy. Zachęcam, że zjemy lunch, na Zatybrzu słynnym z dobrego jedzenia. Znajdujemy kościół Santa Maria della Scala. Zamknięty jak zawsze.

- Mietek miałeś szansę być odkrywcą św. Jacka w Rzymie, a tu nic z tego.

Powiedział coś pod nosem niewyraźnie i energicznie oddalił się do restauracji vis a vis kościoła. Po chwili wraca. Idziemy! – rozkazuje. Przesuwamy się pod drzwi jakiejś „Apteki”. Naciska na dzwonek u drzwi. Ktoś się odzywa w głośniku. Miecio wali tekstem po hiszpańsku. - „Buenos dias, przyjechałem z Kalifornii zobaczyć św. Jacka, a tu kościół zamknięty - dodaje po angielsku. Przechodzi zaraz na włoski, słyszę wymianę zdań przez domofon. Ok – mówi - kościół będzie otwarty za 2 godziny. Patrzę na niego i śmieję się: – co ten św. Jacek z nami robi?

lascalaIdziemy do restauracji obok. Mietek z Panią zamawiają włoską pizzę ja sałatkę caprese (z mozzarellą di bufala). Popijamy butelką pierwszorzędnego chianti. Dwie godziny mijają szybko. O 16.00 stajemy u bramy kościoła. Jest otwarty. Od razu znajdujemy św. Jacka. Jest na obrazie w nastawie ołtarzowej. Jest nawet opis, nie tak jak w centrum Rzymu, w bazylice Santa Maria degli Angeli. Robimy zdjęcie przed kaplicą. Mietek wypina pierś z napisem Proud of Polish. - Drogi Mietku, Tobie przypisuję miano odkrywcy tego miejsca. Teraz wiesz jaki był drugi cel twojej pielgrzymki zza oceanu. Cieszymy się jak chłopcy.

- Teraz kolej na pani marzenia dziecięce, Pani Elżbieto - zwracam się do towarzyszki Mietka.- Ela jestem, proponuje Pani Elżbieta skracając dystans. Zabieram ich do do taksówki, za chwilę jesteśmy na schodach hiszpańskich, aby spełniło się kolejne marzenie małej Eli emigrującej pół wieku temu z Polski dla której był to sen niemożliwy do spełnienia, sen - marzenie (the impossible dream), który się dziś spełnił przypadkiem (za sprawą św. Jacka). Elżbieta M. Rudzińska jest Prezydentem "Forum of Polish Teachers on the West Coast" (USA) i byłą Dyrektorką Szkoły Polskiej im. Heleny Modrzejewskiej w Yorba Linda (którą współzakładał Mietek Dutkowski). Przyrzekła opowiadć nauczycielom w Ameryce o św. Jacku, jako nowy ambasador sprawy Jackowej.

Naszą znajomość zaplanował św. Jacek i zaprowadził do Rzymu, abyśmy mogli się nareszcie spotkać: Mietek i z Kalifornii i Zbyszek z Polski, Jackowe chłopaki po 60 – tce.

Wtorek

Godz. 1.30, samolot wznosi się w niebo. Zakładam słuchawki, słyszę moją ulubioną arię z Don Kichota

TO DREAM                                                              

THE IMPOSSIBLE DREAM /......

....../TO REACH THE

UNREACHABLE STARS!

Zasypiam w przekonaniu, że ja wiem po co Kościołowi są święci.