Za zgodą autora Tomasza Łysiaka publikuję fragment jego wspaniałej powieści pt. "Psy Tartaru", będącej gotowym scenariuszem filmu. Przeciwko wyobraźni o. Jacka Woronieckiego OP stawiam historię opowiedzianą przez Tomasza Łysiaka. Komentarz (tutaj)
Jacek Woroniecki OP (tutaj poz.54) pisząc w czasie II Wojny życiorys św. Jacka postawił tezę, że Jacka nie było w Kijowie w czasie najazdu Tatarów, bo tenże miał uciekać przez Dniepr na stronę atakującego wroga, więc opowieść o cudownej eskapadzie z Monstrancją i Matką Bożą jest nieprawdziwa. Ponieważ Woroniecki był i jest autorytetem, więc jego pogląd utrwalił się w hagiografii Jackowej pisanej po 1942 r.  a cud niesłusznie przedstawiany jest jako alegoria miłości świętego do Chrystusa i Matki .

Wewnątrz kościoła brakło już powietrza. Brat Jacek kasłał co chwila, wymawiając słowa
modlitwy. Dymu było coraz j więcej. Czerwony blask szedł od okienek i oświetlał wnętrze
purpurowymi wstęgami, które przecinały siwiznę dymu, jak promienie wybuchającego
Słońca. Snop szkarłatnego światła oświetlił postać dzielnego zakonnika z rodu Odrowążów,
właśnie w chwili, gdy ujmował w ręce kielich ze Świętym Sakramentem. Jęknął cicho i na
chwilę puścił złote, misternie rzeźbione naczynie - było już mocno rozgrzane. Na zewnątrz
płonęły ściany absydy i prezbiterium. Ogień wpadał do środka wąskimi szparami, jęczał i huczał,
jakby był żywym złym duchem, który oplata dom Boży ze wszech stron i próbuje dostać się do
wnętrza by pożreć to, co wadzi mu na świecie istnieniem dobrych i jasnych elementów. Nagle
runęła płonąca belka i uderzyła końcem w ścianę kościoła, wzbijając w górę tysiące iskier. Zrobiło
się gorąco, jak w piecu, coraz trudniej było oddychać. Brat Hiacynt złapał za róg czarnego
płaszcza i przez niego ujął kielich z Sakramentem. Zaczął biec w stronę wyjścia. Dym gryzł w
oczy i zakonnik patrzył już tylko przez zmrużone, łzawiące powieki. Przed nim, pośród
gorejących obłoków, pojawiła się nagle postać rycerza, jakby mu Bóg zsyłał Archanioła ku
pomocy.
- Dajcie mi rękę - krzyknął rycerz i wyciągnął prawicę.
Jacek chwycił rękę anioła i dał się prowadzić. Wyjście było o kilka kroków, gdy nagle wyrwał dłoń i
odwrócił się.
- Bracie Jacku, za mną! - krzyknął do niego rycerz- archanioł. Lecz Jacek na powrót zanurzył się w
kłębowisko dymu i ognia.
- Ojcze, wracajcie, tam śmierć! Tam ogień! - anioł próbował go zawrócić.
- Ona woła pomocy! - odkrzyknął mu zakonnik i nie zważając na spadające z góry pojedyncze deski,
na żar palący twarz, szedł dalej, w stronę ołtarza.
- Kto woła? Ktoś tam jest? Ojcze? - rycerz zasłonił opończą usta, by nie zakrztusić się dymem i zaczął
wchodzić w głąb gorejącego piekła za dominikaninem.
- Gdzieście? Ojcze? Kto tam jest? Kto woła? - powtarzał, nie mogąc zobaczyć nigdzie brata
Jacka. W końcu dotarł do niego, złapał za rękę.
- Gdzie ktoś jest? Kto woła?
Dym gryzł w gardło, więc krzyczeć można było jeno szybko i krótkie wyrazy.
- Ona woła pomocy - wycharczał zakonnik. Powietrza było coraz mniej. Zaraz obaj mogli
utracić przytomność. Pot lał się po całym ciele rycerza strugami. Ognie gorejące na ścianach
rozgrzały wnętrze tak, że kolczuga objęła wojownika płaszczem żaru. Setki metalowych
kółeczek parzyły mu ciało, jak najbardziej wyrafinowana tortura.
- Kto woła, ojcze? Na Boga, uciekajmy, bo tu razem zgorzejem! - archanioł krzyczał teraz z
bólu i przerażenia zaczął ciągnąć zakonnika do wyjścia - Nikogo tam nie ma! Ojcze! Za mną!
- Ona woła! - dominikanin podał rycerzowi kielich z Sakramentem i wbiegł na stopnia
ołtarza, w stronę figury Matki Boskiej.
- Któż woła? Figura?
- Ona woła! Do mnie krzyczy! Nie słyszysz? Posłuchaj!
- Nic nie krzyczy! Uciekajmy!
- Woła do mnie! Jacku, krzyczy, nie zostawiaj mnie, weź mnie ze sobą! Ona woła pomocy!
Rycerz trzymał kielich rękawicą, patrzył na bijące od niego odbite światło ogni, przed nim
wśród dymów, stała figura Matki Bożej. Misternie rzeźbiona, alabastrowa, płynąca w górę,
jak winorośl, w koronie złoconej i z małym Chrystusem na ręku.
- Ojcze! Nie dacie rady! Kto ją uniesie! Uciekajmy! Gorze już! Pali nas! Ogień nas spali!
Boże! Piekło dokoła!
Płomienie szalały wewnątrz kościoła. Zostało już niewiele czasu. Rycerz czuł, jak z każdą
chwilą coraz mocniej pali go każdy malutki kawałeczek zbroi. Tysiące diabłów wbijało swoje
widły w ryczące z bólu, oszalałe ciało.
- Bracie! Jacku! Nie dam rady!
W oczach zaszkliły mu się łzy. Siwa bródka zwinęła się i zaczęła zajmować płomieniem.
Upadł na kolano. Kielich z Sakramentem dalej trzymał. Wokół tańczyły biesy, taniec radości,
dla archanioła pożegnalny. Święty Jerzy uniósł się na obłoku i patrzył z góry na swojego potomka.
Zapłakał. Łza jego z chmur poleciała, przebiła dym, wpadła w maleńki otwór w dachu i owionęła na
chwilę ciałem rycerza, przynosząc ulgę w cierpieniu.
Archanioł ciągle trzymał kielich. Diabły zaczęły gryźć jego rękę. Puszczaj, puszczaj, puszczaj – słyszał
ich wycie. Zaciskał palce tym mocniej. Musiał dać radę. Choćby go miało milion przeszyć kolców
gorejących. Daj mi siłę, Boże, daj siłę - błagał. Patrzył, a w dymie widział Jacka. Dominikanin złapał za
podstawę figury i dźwignął. Upadł, lecz tak, że ona nie poleciała.
- Jak? Jak to zrobić? Matko moja, ja za słaby jestem! Ja sam nie dam rady!
Otóż to samo czuł rycerz z kielichem. Obaj zapłakali. Pomóż, Maryjo!

Alabastrowy pomnik był tak ciężki, że go czterech ludzi ustawiało na postumencie, gdy
budowano kościół. Jak mógł go jeden braciszek udźwignąć pośród morza płomieni?
- Dam Wam siłę - usłyszał ojciec kaznodzieja. Dam wam siłę, usłyszał rycerz. Dam wam
siłę, popłynął głos wśród pożogi, jak lina rzucona topielcom. Jacek nagle dźwignął figurę,
założył na barki, jakby Chrystus szedł z belką krzyża i krok za krokiem zaczął przebijać się
przez dymy i ognie, w stronę wyjścia. Wstał rycerz z kielichem w ręku i zaczął za nim iść.
Płonęło wszystko, waliły się deski, syczały płomienie. Oni jednak w ciszy stawiali kroki,
noga za nogą.
Środkiem ich wiodła ścieżka alabastrowa. Matczyna troska. W dymie i zawierusze otworzył
się kojący tunel. Nie czuł już bólu rycerz. Leciał na skrzydłach archanielskich. W dłoniach
miał kielich. Przed sobą widział plecy zakonnika. Ktoś prowadził. Nie musiał myśleć. Nie
myślał. Dał się nieść obłokom na wietrze.
Wyszli z kościoła na ulicę. Stał rycerz nieruchomo. Płonął. Kielich jeszcze oddał w ręce
dominikanów, po czym upadł twarzą w śnieg. Broczyło jego ciało, każdym kawałkiem spalonego
od kolczugi mięsa. Śnieg zasyczał pod wpływem gorąca. Obok niego padł zakonnik.
Alabastrowa figura Bogurodzicy, wyniesiona z piekielnej otchłani już w rękach współbraci bezpieczna,
więc i on mógł gasić ból w śniegu. Leżeli półprzytomni, stygnąc przed płonącym kościołem i patrzyli
sobie w oczy, przez półprzymknięte powieki. Nad Dragiełłą płakał Karlito, zdejmując z niego
rozżarzone kawałki zbroi, nad bratem Jackiem płakał Florian i Godyn, delikatnie odejmując
kawałki nadpalonego płaszcza. Obaj jednak, i mnich i rycerz, nie słyszeli tych płaczów,
przejęła ich cisza dudniąca w sercach, a w głowach szumiał wiatr Bożego Ducha. Patrzyli na
siebie, niby zdziwieni, że ktoś jeszcze jest równie szalony, że jest jeszcze ktoś, kto spali się by
iść tam, gdzie trzeba, nie bacząc na nic. Po co? Żeby wiernym być, iść.
Może tę odpowiedź chcieli znaleźć tak leżąc obok siebie, na wyciągnięcie ręki, z
policzkiem na śniegu. Rycerz, jakby chciał zapytać, lecz w końcu nic nie rzekł. Uniósł głowę,
patrząc w stronę figury stojącej o kilka kroków. Na jej podstawie, tuż pod nogami Świętej
Rodzicielki wyrzeźbiona była niewielka postać. Rycerz na koniu przebijał kopią smoka.
Święty Jerzy.
Więc dlatego, pomyślał Dragiełło. Jacek patrzył na niego i dotknął końcem palców czarnej
od dymu rękawicy rycerza. I on nie musiał tłumaczyć tego, że po matkę wraca się nawet w
środek płomieni.
Obaj zasnęli, umęczeni bólem, ogniem i dymem. Na ich skrzydła o nadpalonych pióry
spadały płatki śnieżnego snu.