Wielkopostna wędrówka po Malcie może przynieść nie tylko doświadczenie ciszy i historii, ale także niespodziewane spotkania. Czasem – bardzo osobiste.
Otrzymaliśmy od Pani Bożeny Krawczyk Ptaś poruszające zapiski z marcowej podróży na Maltę (2026 r.), którymi dzielimy się jako świadectwem spotkania – nie tylko z miejscem, ale i z obecnością świętych, która potrafi zaskoczyć.
Nanosimy to miejsce na Jackową mapę świata (tutaj)
Marcowe słońce w Rabacie było łagodne, jakby dopiero uczyło się wiosny. Ulice wciąż nosiły ślady niedawnego święta – kolorowe ołtarze, girlandy i kwiaty zawieszone nad drzwiami, na balkonach i w oknach. Wielki dzień św. Józefa minął zaledwie wczoraj, ale jego obecność nadal była wyczuwalna w powietrzu.
Przy wjeździe do miasta stała figura patrona – spokojna i dostojna, jakby rzeczywiście święty osobiście witał każdego przybysza. Pomyślałam z uśmiechem: ten św. Józef to ma szczęście – co roku takie powitanie, taka oprawa, tyle uwagi.![]()
Rabat nie był głośny. Raczej szeptał historią, prowadząc wąskimi uliczkami między kamiennymi domami, których ściany pamiętały więcej, niż mogłyby opowiedzieć.
W tym spokojnym rytmie dotarliśmy do bazyliki i groty św. Pawła oraz muzeum Wignacourta – niepozornego z zewnątrz, ukrytego za ciężkimi drzwiami, jakby strzegło czegoś bardzo cennego.
W środku panował chłód i cisza. Zapach kamienia i starego drewna otulał przestrzeń. Kroki odbijały się echem od ścian, a światło wpadające przez niewielkie okna rysowało na podłodze miękkie, nieregularne plamy.
Ekspozycja prowadziła przez kolejne sale, w których historia Malty układała się w opowieść – fragment po fragmencie, detal po detalu. Były tam przedmioty codziennego użytku, które nagle stawały się niezwykłe tylko dlatego, że przetrwały tyle lat. Były obrazy i rzeźby, pełne skupienia i religijnej zadumy – zupełnie jak wczorajsze procesje, tylko zatrzymane w czasie.
Najbardziej poruszała jednak cisza tego miejsca. Po barwnym, żywym święcie, które jeszcze przed chwilą wypełniało miasto muzyką i rozmowami, muzeum było jak oddech – spokojny, głęboki, pozwalający wszystko poukładać.
Tutaj św. Józef nie był już tylko figurą na środku skrzyżowania ani bohaterem procesji. Stawał się częścią większej historii – wiary, tradycji i codzienności ludzi, którzy od pokoleń nazywają to miejsce domem.
W jednej z dalszych sal, kiedy wzrok zdążył już przywyknąć do półmroku i ciszy, uwagę przykuł obraz zawieszony nieco na uboczu. Nie był największy ani najbardziej okazały, a jednak jedno spojrzenie wystarczyło, żeby serce zaczęło bić mocniej.
Obraz przedstawiał zakonnika w ruchu – uchwyconego w chwili ucieczki lub ocalenia – który w jednej ręce niósł figurę Matki Bożej, a w drugiej monstrancję. Gest był zdecydowany, niemal dramatyczny, a jednocześnie pełen skupienia.
Podeszłam bliżej. Mała tabliczka informowała: św. Dominik przekraczający potok, Attilio Palombi (1830–1913).
Przeczytałam raz, potem drugi.
I wtedy pojawiła się ta cicha, nieco przekorna myśl: przecież my wiemy, że to nie św. Dominik. To nasz św. Jacek z Kamienia Śląskiego – ten, który według tradycji wyniósł z płonącego klasztoru i Najświętszy Sakrament, i figurę Matki Bożej.
Historia i postać zbyt znajoma, by ją pomylić.
Stałam przez chwilę, patrząc na obraz już nie jak na muzealny eksponat, ale jak na coś niezwykle bliskiego. W tej odległej, maltańskiej sali, pośród obcych nazwisk i opisów, nagle pojawił się Ktoś „nasz” – choć podpisany nie swoim imieniem.
I znów wróciła myśl, tym razem z lekkim uśmiechem: oj, nie ma św. Jacek tyle szczęścia co św. Józef. Tamten wciąż witany jest u bram miasta, otoczony światłem, kwiatami i procesjami. Ten tutaj – trochę pomylony, trochę zapomniany – stoi cicho obok niewłaściwej tabliczki.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, słońce było już wyżej, a Rabat powoli wracał do zwykłego rytmu. Ozdoby nadal powiewały nad ulicami, ale teraz wydawały się bardziej spokojne, jakby i one odpoczywały po święcie.
Spojrzałam jeszcze raz w stronę figury. Św. Józef stał tam gdzie zwykle, witając kolejnych przybyszów.
A gdzieś za grubymi murami muzeum św. Jacek wciąż czeka na swoje właściwe imię.
Może kiedyś ktoś je tam przywróci?![]()
1. Obraz przypisywany Attilio Palombiemu – przedstawienie świętego niosącego Najświętszy Sakrament i figurę Matki Bożej
(Wignacourt Museum, Rabat, Malta)
W ikonografii scena jednoznacznie kojarzona jest z postacią św. Jacka Odrowąża.![]()
2. Tabliczka muzealna
Attilio Palombi (c. 1860–1913), „St Dominic crossing a stream”
Opis wskazujący na św. Dominika, który – w świetle przedstawienia – budzi poważne wątpliwości interpretacyjne.
Nota redakcyjna
Opisana sytuacja wpisuje się w szerszy kontekst odkrywania i przywracania właściwej tożsamości wizerunków św. Jacka w sztuce europejskiej. Niedawno informowaliśmy o podobnej korekcie w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, gdzie – pod wpływem badań ks. dr. hab. Arkadiusza Noconia – zmieniono identyfikację obrazu Francesco Guardiego, uznając przedstawioną postać za św. Jacka Odrowąża. Publikacja czytaj tutaj
Przypadek maltański pokazuje, że takich dzieł może być więcej – rozsianych po Europie, nie zawsze właściwie opisanych, czekających na ponowne odkrycie.
Być może właśnie dzięki podobnym świadectwom i uważnemu spojrzeniu pielgrzymów, podróżników i badaczy, św. Jacek „odzyskuje swoje imię” także tam, gdzie przez lata pozostawał nierozpoznany